Nie ma czasu na przeglądnie się. I tak nie ma lustra. Musimy wracać do stacji. Nocą przewiało śniegiem. Teraz się wypogadza, lecz wieje w twarz. Niestety akurat kiedy podchodzimy pod strome wzniesienie. Brakuje tchu, a podmuchy sprawiają, że prawie stoimy w miejscu. Idziemy jednak mozolnie do przodu. Ważny jest odpływ, bo odsłania kosę z kamieni przy lodowcu Baranowskiego. Można wówczas przedostać się na drugą stronę przylodowcowej laguny.Dziś nic z tego kosa zawalona kawałkami lodu. Nie ma co ryzykować skręcenia lub złamania nogi skacząc po tych odłamkach. Powoli słońce zachylać schylać się za lodowiec. Pod jego czołem nawiany śnieg. Trzeba spróbować przedostać się po tym moście. Widać pęknięcia, świadczące o cofaniu się wody pod lodem i śniegiem. Nie można być jednak pewnym czy nie wpadniemy w pustkę i nie załamie się pod nami biel, po której stąpamy. Na domiar złego wiatr zwiewa śnieg prosto w oczy i zasypuje okulary i gogle. Stajemy co 20 metrów, bo nic nie widzę i muszę zetrzeć lodowatą powłokę z gogli. Mimo to pokonujemy szybko kilkaset metrów pod lodowcem. Klnę jednak pod nosem i obiecuje sobie, że już nie pójdę. Krótki odpoczynek obok głazu. Łyk herbaty, bo zaschło w gardle. Brniemy w śniegu. O dziwo widzimy pingwiny. Ale miły widok. Nie jesteśmy tu sami. Nie robimy postoju. Zaczyna zmierzchać. A to znak, za mniej niż godzinę zrobi się zupełnie ciemno. Do pokonania jeszcze jeden lodowiec. Kiedy docieramy do stacji jest zupełnie ciemno. Zjadamy posiłek, choć tak naprawdę bez większego smaku. Jesteśmy skonani. Prysznic i spać. Smaruję jeszcze twarz maścią i biorę przeciwbólowy lek.Nie mogę spać. Mam przed oczami ogień. Wstaję wcześnie. Jeden z kolegów z przestrachem pyta: - Co ci się stało? Patrzę w lustro. Lewa część twarzy czerwona niczym rozprażone ognisko.
skomentuj (2)
Jest początek sierpnia 2009 roku. Mróz sięga minus 15 stopni Celsjusza w ciągu dnia. Pogoda na tyle się poprawiła (wyszło słońce i nie wieje zbyt mocno, czyli poniżej 10 metrów na sekundę), że można wyjść w teren i zmierzyć tyczki na lodowcach. Do pokonania w jedną stronę do nieogrzewanego domku na końcu świata, w kórym przenocujemy by przeżyć, jest ponad 20 kilometrów. Trasa jest ciężka. Pokonujemy wzniesienia. Jeden lodowiec i zejście drugi, i pod górę. Trzeci to ten, gdzie wpadłem w szczelinę. Nie ma jednak strachu, jest walka o czas. Dzień jest krótki, trzeba jak najszybciej pokonać trasę, wykonać pomiary i dotrzeć do domku. To kwestia życia lub śmierci. Ciało przyzwyczajone do maksymalnego wysiłku spisuje się dobrze. Mój towarzysz trochę narzeka na zbyt szybkie tempo. Ale nie ma innego wyjścia. Trzeba iść, bo nikt nam nie pomoże na lodowcu. Z krótkofalówki nie połączymy się ze stacją. Jedyny kontakt to telegfon satelitarny. Ale w nocy nawet z chilijskiej stacji oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów nie przyleci helikopter. Za duże ryzyko.
Po kilku godzinach mozolnego marszu udaje nam się dotrzeć do domku w Rajskiej Zatoce. Niespodzianka. Drzwi wejściowe do pokoju zasypane śniegiem i lodem. To samo do pomieszczenia, gdzie znajduje się butla z gazem oraz mała spiżarnia. Kujemy czekanami lód. Jest już prawie ciemno i spadła temperatura powietrza. W ferworze odkopywania czekan wybija się z ręki i wali mnie w głowę. Boli i rośnie guz. Trudno, po karetkę nie zadzwonię.
Po pół godzinie udaje się odblokować wejścia. Wewnątrz domku temperatura minus 13 stopni Celsjusza. Odkręcam gaz. Chcę zapalić palnik w kuchence gazowej, ale nie udaje się. Raz, drugi, trzeci. Próbuję nadal. Odkręcam i zakręcam kurek gazu.
Trwa to może z dziesięć minut, po czym... widzę przed oczyma ogień. Mróz spowodował, że gaz zebrał się przy palniku i eksplodował. Zamykam oczy, by je uchronić przed ogniem. Wybiegam na oślep z domku i padam w śnieg, by ugasić ogień na sobie. Jestem w szoku. - Będę widział? - dudni pytanie w głowie.
Powoli otwieram oczy. Widzę i... krwawię, bo padając twarzą w śnieg nie zauważyłem wartwy lodu. Adrenalina robi swoje, nie czuję bólu.
Przed snem piję tylko gorącą herbatę. Nie zwarzam, gdy zawijąc się w śpiwór w lodowatym pokoju dotykam palcem lewego policzka i wyczuwam twardą spaloną skórę. Chcę odpocząć. Mam dość jak na jeden dzień. Jutro czeka nas powrót i przejście pod czołem lodowca. Ale to dopiero za kilka godzin.
Mimo, że akuat przypadał 26 grudnia nie było mowy o odwołaniu rejsu. O kilka godzin od stacji czekało pięć osób, które Wigilię i Boże Narodzenie spędziło pod namiotem. Pierwsze dwie godziny rejsu były przyjemne. Choć panował chłód, to promienie słońca umilały podróż. Problem rozpoczął się, gdy do czekających na brzegu pozostały może pięć kilometrów. Pak lodowy, czyli pływające, małe odłamki lodu, blokowały dostęp do "rozbitków". Pontony nie mogły przebić się przez lodową zaporę. Kuter robił to z ledwością. Bosakiem trzeba było odpychać co większe odłamki lodu. Co rusz mniejsze ocierały się o burtę. Nagle silnik zamilkł. Szybkie zejście pod pokład. Nagle bucha dym z klem przy akumulatorze. Widać ogień. Woda wdziera się do środka. Pozostaje ręczna pompa, bo nie ma zasilania. Miejsca jest mało. Trzeba się skulić by chwycić rączkę od pompy. Góra, dół, góra, dół. Pompowanie idzie topornie. Bolą ręce i kręgosłup. Ale nie ma innego wyjścia trzeba pompować. Nie wiadomo jak długo. Do wymiany klem. Stoimy w paku.
Kiedy ostatkiem sił pompuję wodę, rusa silnik. Akumulator naprawiony. Wychodzę na świeże powietrze. Uf! Wszystko mnie boli.
Przewiało śnieg. Z poletka meteo zniknęło w ciągu dwóch dni prawie 18 centymetrów śniegu. Temperatura skoczyła do zera. Nareszcie wyszło słońce więc nastrój się poprawił. Przy domku meteo wygrzewają się cztery uchatki. Są przyjacielsko nastawione. Leniwie podnoszą głowę, gdy się obok nich przechodzi.
Ostry wiatr przegnał z zatoki lód. Jeszcze cztery dni temu zamiast tafli wody była biała powierzchnia lodu ze śniegiem. Spoglądając w pochmury dzień miało się wrażenie, że wszystko dookoła jest jak mleko.
Prace na stacji posuwają się. Coraz częściej myśli krążą wokół powrotu do domu. W Polsce jutro pierwsze zebranie naszych zmienników. Mimo, że do wyjazdu pozostało prawie cztery miesiące, wydaje się on na wyciągnięcie ręki.
Aura zwariowała. W ciągu trzech dni temperatura waha się od minus 25 stopni Celsjusza, do plus dwóch, po czym w ciągu dwóch godzin spada gwałtowanie do minus 13 stopni. Wiatr osiągający prawie 100 km/h smaga główny budynek stacji. Śnieg sięga już dachu. Zasypywane wyjścia trzeba codzienne odśnieżać. Podobnie jak okna, by wpuścić do środka jadalni trochę światła. Inaczej czujemy się jak w iglo. Półmrok.
Droga z głównego budynku, do domku meteo i dalej do deszczomierza znacznie się wydłuża w czasie. Nogi wpadają w śnieg. Jego grubość dochodzi do prawie 70 centymetrów. Nie potrzeba ćwieczeń na siłowni, by wyrobić łydki, uda czy golenie. Wystarczy kilka spacerów dziennie do domku meteo. Nogi najbardziej pracują podczas takiej przechadzki.
Ale to nic. Czeka mnie wejście na okoliczne wzgórze by pobrać próbkę śniegu. To jest wyzwanie. Rakiety śnieżne trochę pomagają w podejściu. Mimo to, zamiast pół godziny, tracę ponad półtorej. Niestety, dzisiaj nie będę miał dobrych widoków. Jest mlecznie i jeszcze troszczę spada z nieba białego puchu. Jak się uspokoi ruszam w teren...
Przewiało, zaśnieżyło stację. - Kiedy wreszcie przestanie padać? - pytają polarnicy. Nic dziwnego. Z trudnością wychodzi się z głównego budynku, zwanego samolotem. Kiedy po raz pierwszy na polską stację przybywają polarnicy z innych, dziwą się i pytają, gdzie jest samolot. Uśmiechają się, gdy okazuje się, że tak nazwany jest budynek główny stacji, podobny z powietzra do samolotu mającego startować. W budynku znajduą się pokoje mieszkalne, łazienka, umywalki, toalety, kuchnia z przyległą spiżarnią. Sale komputerowe.
Ale wróćmy do śnieżnego tematu. W ogródku meteo dziś grubość śniegu ma 55 cm. Ale przy budynkach zaspy sięgają już trzech metrów. Trzeba się przedzierać przez śnieg. Mało tego jest prawie minus 20 stopni Celsjusza i powiewa wiatr do 10 metrów na sekundę. Temperatura odczuwalna sięga grubo ponad minus 30 stopni. Za oknem biała powłoka wszystko zakrywa. Powietrze jest mleczne od płatków śniegu.
Nie ma nic przyjemniejszego, po prawie dziesięciokilometrowej marszrucie przez cztery lodowce, od kubka z gorącą herbatą. Niestety w wewnątrz drewnianego domku na końcu świata, w miejscu zwanym Paradise Cove, temperatura nie zachęcała nie tylko do ściągnięcia rękawiczek, by sięgnąć po termos. Mimo mokrej odzieży minus sześć stopni Celsjusza w pokoju, skutecznie hamowało próby rozebrania się. W pokoju stoją dwa piętrowe łóżka. Jest także stół, kilka krzeseł. Do tego zlewozmywak. Mimo, że znajduje się nad nim kran trudno oczekwiać, że poleci z niego stróżka wody. Życie ratuje kuchenka gazowa, na której można zagotować wodę na herbatę czy przyrządzić posiłek. Płomień z palników daje również ciepło. A to w warunkach polarnych najważniejsze.
Kiedy jest już ciepło, czyli plus 7 stopni, można się zrozgościć na całego :-). Woda? Gdy zamarzną strumyki, wytapia się śnieg. Problem jest wówczas, gdy go nie ma. Wtedy trzeba liczyć na kawałki lodowcowego lodu pływające w morzu. Taka woda jest pyszna. Zresztą będąc na końcu świata i zdanym tylko na siebie nie można oczekiwać luksusów.
Praca na lodowcu nie należy do najłatwiejszych, ale daje dużo satysfakcji. Nim dojedzie się do tyczki pomiarowej trzeba mieć sporo siły w nogach, a także mieć oczy wokół głowy. Licho nie śpi. Szczeliny czekają na nierozważnych śmiałków. Wystarczy źle postawić stopę, by doznać kontuzji. Na przyjazd karetki nie ma co liczyć w takich wypadkach.
Satysfakcję przynosi liczenie ssaków morskich: słoni morskich, fok, uchatek, krabojadów czy lampartów morskich. Czasami trzeba walczyć o terytorium. Pamiętam zdarzenie, gdy przedzierając się przez gąszcz uchatek, duży samiec rzucił się na mnie. Zdrowie, a może i życie uratowały mi kijki do trekingu. Jeden w szermierczym pojedynku nawet wygiął się. Wycofałem się, bo samiec nie dawał za wygraną.
Wiosną czyli na na południu Ziemi w listopadzie i grudniu, gdy liczy się ssaki morskie, a robi się to idąc wybrzeżem, trzeba przedzierać się przez strumienie, a nawet rzeki wypływające spod lodowców.